Mała wycieczka do Muzeum Techniki. A raczej do Mrocznego Tankowca wbitego w skrawki ziemi, na których Amsterdam stoi. Tradycyjnie od góry:
Jedyna fotka z Ewą. Niech ma radochę.
Artur moczący girki wraz z dzieciarnią na tarasie ponad cudami techniki.
Taras opalający z imitacją plaży i imitacją morza. Mimo to zaje pomysł.
Tzw. cultural diversity.
A-a-aaa-amsterdam! I jedziemy! Wbrew pozorom to przykład jednego z miliona doświadczeń na żywo, których mój umysł nie był w stanie ogarnąć. Grunt, że dobrze wygląda!
Jedna bańka, druga bańka, aż zbierze się miarka. To nie ta bajka.
Elektro i roboty. W swoim żywiole :]
Fasada muzeum. Tak, tak chodzi o ten zielony okręt!
Największe ciacho na wschód od Teksasu w okolicach House of Bols, do którego akurat nie dotarliśmy, bo (sic!) akurat we wtorek było zamknięte. Podrinkujemy kiedy indziej.
Najwęższy dom świata. Przypatrz się dobrze. A myślałem, że to Japońce mają zamiłowanie do miniaturyzowania wszystkiego. A tutaj Holendrzy okazują się najwęższym narodem świata. Można się rozpychać barami.
Red (pinky?) light nad kanałami.
Amsterdam nocą z kościołkim w tle. Kościołek co ciekawe sąsiaduje z wytrynami z obleśnymi latynoskami w wersji XXL i XXX.
Główny plac o nazwie, której nie udało mi się zapamiętać.
Pomnik ku czci kobiet parających się najstarszą profesją świata.
Tutaj wąscy Holendrzy mogą popuszczać pasa jak u nas za Sasa. Uliczka z witrynami z panienkami. Do wyboru, do koloru. Są i nasze rodaczki zapraszające do siebie na uciech sto przy akompaniamencie rodzimego disco polo. Narodowa duma rozpiera!
Bulldog. Wykupili sobie niemal całą ulicę, zionącą oparami z trawki. Najbardziej znana coffeeshopowa marka. Mają wszystko od... zioła do... motocykli z buldogiem.
Klub dla kolorowych borostworów.
Plakat z Gay Hitsami! Hit!
Dworzec z feralnym (?) Burger Kingiem. W przeciwieństwie do naszych dworców całkiem znośne miejsce, ale na nocleg nie polecam.
Jeden ze squotów mieszczących się na ulicy... squotów. Niby ceny ziemi przygniatające, a Holendrzy cisną się na paru metrach kwadratowych niczym Duny w swych małych chatynkach, a tutaj masa pustostanów. W dodatku takich wypasionych, na lansie, jedynie z etykietką "beware stranger!". Dlatego zwiedzanie zostawiliśmy na inny raz.
Kasyno. Jedno z wielu. Z wielu mniejszych. To jest największe. Prawdziwa świątynia hazardu. Coś jak Licheń, ale dokonują się inne cuda. Ot choćby szczęśliwi nowicjusze wygrywają 1.5 bańki :D w ruletkę.
Coś. Chyba coffeeshop, bo i co może reklamować duch Marleya?
Eksponaty z Muzeum Seksu. Poza pierdzącym tyłkiem i obskurnymi kurtyzannami wyskakującymi z nienacka, szału nie ma. Niemniej można obejrzeć parę ciekawych gadżetów, które zrodziły się w zboczonych umysłach na przestrzeni wieków.
Chińska pływająca knajpa. Nic dodać, nic ująć. Skośni wszędzie się wcisną :]
Biblioteka. Tylko i aż. Właściwie to mega centrum kultury, gdzie można przesiedzieć godzinami. Z dala wygląda jak pokaźny biurowiec. Doczekamy się takiego cacka w Polsce?
Świątynia w małym China Town. Prawdziwa, a nie bajer dla turystów. Tam faktycznie modlą się do tego wielorękiego bouncera. W dodatku obok gra zawodzenie mnichów z małego radyjka na kasety. W środku można kupić wróżby, figurki, kasety medytacyjne itp. Mnich też jeść w końcu musi.